Kolejny układ zamknięty

Jest ranek. Kilka różnych osób w pośpiechu i nerwach wychodzi ze swoich domów. Każda z nich od domowników słyszy: „trzymam kciuki” – bo idzie na test, który jest częścią konkursu na stanowisko rzecznika jednego z krakowskich urzędów. Do tego testu wszystkie się przygotowywały, a wcześniej przez kilka lat zdobywały kwalifikacje. Kilka godzin później, wychodząc z urzędu po egzaminie są pewni, że zrobili wszystko, co w ich mocy i z nadzieją czekają na wyniki. Nie zdają sobie jednak sprawy, że przegrali, zanim jeszcze wzięli długopis do ręki.

Nie wiedzą, że część pytań w tym teście pisała ich kontrkandydatka i wzięła za to pieniądze, bo pisała je w godzinach pracy. Kilka dni później, bez niczyjego nadzoru i w komfortowych warunkach, będzie wypełniała ten sam test, udając, że się zastanawia nad własnymi pytaniami. Jaka jest różnica między nią, a tymi osobami, które pisały ten test wcześniej? Jedyną różnicą jest łapówka – ekskluzywny zegarek marki Armani. Łapówka, której pozostali uczestnicy „konkursu” nikomu nie dali.


Osobą, która w wyniku tego „konkursu” została rzecznikiem krakowskiego Zarządu Dróg i Komunikacji, była Katarzyna Król, obecna wiceprezydent Krakowa ds. edukacji. Kiedy przed kilkoma miesiącami publicznie powiedziałem o łapówce, za którą dostała pracę, poczuła się urażona i wniosła przeciw mnie do sądu sprawę o zniesławienie. 8 listopada sąd to postępowanie umorzył. Decyzja sądu potwierdziła, że to, co powiedziałem było w stu procentach prawdą. A dzięki sprawie sądowej – czyli paradoksalnie dzięki samej pani wiceprezydent – dowiedziałem się, co działo się po wręczeniu łapówki.

Konkurs na stanowisko rzecznika prasowego był jednym wielkim teatrem. Został zorganizowany tylko po to, aby w dokumentach wszystko dobrze wyglądało. W rzeczywistości rozmowy kwalifikacyjnej z Katarzyną Król nie było w ogóle, wbrew temu, co wynika z dokumentacji konkursowej. Król wypełniła test, ale część pytań znała wcześniej, a nawet sama je wcześniej wymyśliła. Równie fikcyjne było stanowisko, które objęła – jako „rzecznik prasowy” od swojego szefa dostała zakaz kontaktowania się z dziennikarzami i w praktyce była jego osobistą sekretarką. Co więcej, na dokumentacji z tego „konkursu” widnieje nie tylko podpis Jana Tajstera, byłego szefa ZDiK-u, na którym ciąży dzisiaj 14 zarzutów prokuratorskich, między innymi o korupcję, niegospodarność i molestowanie pracownic. Jest na nich również podpis Iwony Król, kolejnej osoby odpowiadającej za tę fikcję, która o dziwo w tej chwili współzarządza ZIKiT-em (jednostką, która jest następcą ZDiK-u) jako wicedyrektor ds. inwestycji, mimo że prokuratura postawiła jej zarzuty poświadczenia nieprawdy i działania na szkodę interesu publicznego.

Nietrudno sobie wyobrazić, jak w obliczu tych faktów mogą się czuć osoby (zakładając, że rzeczywiście istniały), które także startowały w konkursie na stanowisko rzecznika ZDiK-u, dowiedziawszy się, że były tylko nieświadomymi statystami. Nie dały łapówki, więc nie dostały się do funkcjonującego za pieniądze Krakowian zamkniętego klubu, na czele którego stoi prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Cała ta historia tylko potwierdza, że ten klub działa na zasadzie „ręka rękę myje”. A na jednej z tych rąk jest zegarek – łapówka.
Trwa ładowanie komentarzy...